elikshoe goes to NYC

2017-05-18
elikshoe goes to NYC
The city which never sleeps - jak ja.
Jest późno, a ja nie śpię. To już nie jet lag, to nie bezsenność, to nawet nie tęsknota za big apple. Tak już mam i stanowczo twierdzę, że m.in. dlatego pasuję do tego miasta.
Kiedy zaczynam myśleć o Nowym Jorku w mojej wyobraźni tworzy się istna kumulacja myśli, wspomnień, dźwięków i zapachów. Postaram się Wam to przekazać, zabrać Was na te tłoczne, żółto-kolorowe ulice, żebyście mogli poczuć się, jakbyście tam byli. Zatem uwaga, wskakiwać w wygodne buty (mogą być kapcie i wygodna kanapa) - lecimy w podróż!
Minęło już kilka dni od mojego powrotu,a ja nadal nie wyleczyłam się z nowojorskiej gorączki. Chce żeby ta "opowieść" tak samo tętniła życiem i dlatego zastanawiałam się, jak zacząć naszą podróż. Wymyśliłam, że zacznę... od początku!
Od samego początku, czyli jeszcze zanim trzeba się było spakować i wybrać odpowiednie buty, bo jak zawsze dochodziło do sprzeczki między potocznie mówiąc modą a wygodą. Nieskromnie powiem, że moja intuicja fachowca nie zawiodła mnie, o czym będę się stopniowo chwalić. 
Jeśli chcecie wybrać się w podróż do Stanów Zjednoczonych, nie tylko do Nowego Yorku, ale do USA ogólnie, potrzebujecie wizy. A żeby ją otrzymać potrzebujecie a) zdjęć b) ponad 600 zł c) cierpliwości do wypełniania dokumentów i załatwiania urzędowych spraw. 
Jako obuwniczą ciekawostkę dodam, że jedynie 2 razy poddałam się rozsądkowi w wyborze obuwia podczas mojej całej "drogi" do Stanów. Po raz pierwszy,kiedy wybierałam się na rozmowę z konsulem, po raz drugi - kiedy wsiadałam na pokład samolotu. W obu sytuacjach chciałam założyć workery z kolcami. Uznałam jednak, że mogą nie przejść kontroli bezpieczeństwa i wolałabym jednak w tym czasie mieć jednak coś na nogach, a nie zostać na boso. Tak, tak, przed wejściem do konsulatu czeka Was rewizja, taka sama jak przed wejściem na pokład samolotu. A jedna z moich klientek ostrzegała mnie, że odmówiono jej wejścia na pokład w tych jakże uroczych, ale wzbudzających kontrowersje bucikach. 
Summa summarum na rozmowę pojechałam w moich niezawodnych sneakersach (kto ogląda instastory ten wie, że to moje ukochane holograficzne sneakersy na platformie), a do walizki pasowały mi różowe trampki z kamieniami, które możecie oglądać na zdjęciach. 
Uzyskanie wizy jest stresujące, szczególnie kiedy, tak jak ja, zawsze jestem wszędzie na styk,a gdy z moim chłopakiem, to zawsze się spóźniamy. W tym przypadku byliśmy o 10:29 na miejscu (hurra, buty nie zawiodły, bo trzeba było iść dobre 2 kilometry od parkingu).  O 10:30 mieliśmy umówione spotkanie w konsulacie w Krakowie (ważna wskazówka - to koło rynku, a więc autem tam nie wjedziecie). Nie wejdziecie do środka z telefonem, a ja musiałam go mieć do nawigacji. Później zostawiłam, za symboliczną opłatą 2 zł w restauracji naprzeciwko. Podobno w Warszawie samo miejsce, jak i  ceremoniał przyznawania wizy jest bardziej uroczysty, a ja do Krakowa miałam bliżej, więc wybrałam to miejsce. Rozmowa trwała kilka minut i pytania powielały się z tymi we wniosku. Mnie zapytano o cel podróży, z kim jadę, gdzie i czy to moja pierwsza podróż do Ameryki. Rozmawiałam w języku polskim, bo tak zaczęłam rozmowę - od polskiego dzień dobry. Teraz mogę powiedzieć, że nie ma się czym stresować, ale jeszcze kilka miesięcy temu sama się stresowałam; nawet podczas wypełniania wniosku. Wniosek jest w języku angielskim i ma wiele pytań, a przy końcowym "generowaniu" trzeba być czujnym. Więcej możecie wyczytać we wpisach podróżników z krwi i kości, ale jeśli będziecie chcieli mnie o coś zapytać, to chętnie pomogę. Dodam jeszcze, że od mężczyzn wymaga się więcej, mają więcej szczegółowych pytań. 

Wbicie wizy do paszportu (zostawiacie go w konsulacie i będzie odesłany kurierem - bezpiecznie, jako zabezpieczone dokumenty, lub możecie odebrać osobiście) to tylko początek drogi do uzyskania pozwolenia na wjazd do Stanów. Przed samym wylotem, jak i po lądowaniu już w Ameryce czeka szereg kontroli, pytań i urzędowych spraw. Nie wiem, jak wygląda to na innych lotniskach, ale w moim przypadku na lotnisku we Frankfurcie po odprawie, po przejściu bramek itp. należało "przejść przez skanowania" twarzy, paszportu i kolejnych kontroli dokumentów. Podobnie było już po powrocie do Frankfurtu, ale do tego tematu wrócimy na samym końcu przygód w New Yorku. Jeśli ktoś z Was obawia się nieznajomości języka angielskiego, to niestety, ale rzeczywiście musi się troszkę podszkolić. Może w przypadku jakiś problemów, gdy urzędnicy chcą wiedzieć więcej, albo mają jakieś zastrzeżenia do Was, to poproszą o tłumacza; w naszym przypadku (na szczęście!) nie było żadnych problemów, więc radziliśmy sobie w komunikacji, a  WELCOME IN USA and ENJOY YOUR TRIP brzmiało dla nas jak poezja. 
Ja leciałam w 4 osobowej grupie. Dlatego musiałam przetransportować się z Polski do Niemiec. Wybraliśmy wspaniałe linie lotnicze Singapore Airlines i bezpośredni lot Airbusem A380 z Frankfurtu na lotnisko JFK w Nowym Yorku trwało około 8 godzin. Wiecie, że Frankfurt nazywany jest Europejskim Nowym Yorkiem? Fajnie zatem było mieć taki transfer. 
Ja absolutnie nie boję się latać, a zawsze powtarzam, że lecąc nad Atlantykiem boję się w razie czego zamarznąć jak Leonardo DiCaprio w Titanicu, bo z natury jestem ciepłolubna, a nawet gdybym się bała, to bym o tym zapomniała. A to dzięki cabincrew, które rozpieszcza pasażerów podczas całego lotu! Samolot jest ogromny i nikomu nie zabraknie miejsca. Fotele są regulowane i wygodne. Każdy z nas otrzymał słuchawki do własnego monitora pełnego filmów, muzyki, gier, a  nawet kursów językowych. Przed posiłkami można było odświeżyć się i wytrzeć ręce w specjalnie roznoszone, pachnące i gorące ręczniczki, aby miło przystąpić do smacznego posiłku. Dla mnie najmilszym zaskoczeniem były prezenty - jednorazowa szczoteczka i pasta do zębów oraz urocze granatowe skarpety. Można było zdjąć buty, zrelaksować się i otulić stopy miękkim, nieuciskającym materiałem. Błogo! Ja skarpety zabrałam na pamiątkę, będę je miała na zimę do spania i będą przypominały mi o wakacjach. 
Stewardesy i stewardzi z lini lotniczych Singapore Airlines to bardzo piękni ludzie. Dosłownie! Nie nudziłam się podczas lotu też dlatego, że miło było mi ich obserwować i podziwiać ich urodę. Panie chodziły w pięknych kostiumach i idealnie pasujących... klapkach. 
Ja natomiast, jak już wcześniej wspominałam, zrezygnowałam z moich różowych butów z kolcami, ale bez problemu zastąpiłam je różowymi trampkami z kamieniami!
Na Instagramie już wspominałam Wam cudowny przypadek moich różowych sneakersów, ale i tak jeszcze raz powtórzę.  Na ostatni dzień okazało się, że w magazynie czeka na mnie ostatnia, jedna jedyna para różowych workerów z ćwiekami, chociaż byłam przekonana, że nic już dla mnie nie zostało i spakowane były już szare.  Tym sposobem zabrałam ze sobą 10 par butów, z czego połowa była w różowym kolorze. I okazała się hitem! 
Znacie zasady lotniskowego looku? Wyglądać fajnie, ale czuć się komfortowo. Dlatego sportowe obuwie z błyskotkami idealnie nadaje do takich stylizacji. Przez błyskotki "pikałam" jedynie na bramce, ale ściągnęłam buty i było po sprawie. 
Jakoś tak przez przypadek wyszło, że buty pasowały mi do walizki, naprawdę uwierzcie, nie dobierałam ich specjalnie! dobierałam tylko do płaszczyka! Jeśli mam Wam też poradzić w kwestii walizki, to powiem, że warto mieć walizkę na 4 kółkach, aby obracała się o 360 stopni. To bardzo przydatne. Ja wybrałam walizkę Puccini. W sumie kupiłam 3 walizki. Jedną ze specjalnym przeznaczeniem na buty! Bo buty to także doskonałe schowki na skarpetki, biżuterię i małe rzeczy. O nie, nie pakujcie ich w wielki, osobny wór, a w małe woreczki, które wsuniecie do butów i zaoszczędzicie sporo miejsca. Prosta kalkulacja: więcej par butów = więcej miejsca na schowki. Ja zabrałam:
- klapki futrzaki
- trampki z kamieniami- różowe (chciałam jeszcze białe, ale rzeczywiście chyba bym przesadziła; chociaż w sumie później żałowałam. Kładąc się spać przed dniem wyjazdu nawet postanowiłam, ze rano dopakuję, a zapomniałam i późnej całą drogę z Polski do Niemiec przeżywałam, ze zostawiłam je w domu.)
- białe trampki króliczki (teraz już rozumiecie 2 podpunkt :)
- różowe workery z kolcami
- różowe balerinki z taśmami
- czarne balerinki z błyszczącymi kamieniami
- czarne balerinki z kamieniem kwiatem
- srebrne balerinki z kamieniem kwiatem
- adidasy Nike
- szare  sneakersy z frędzlami
- kaloszki
- holograficzne sneakersy na platformie.
Kaloszki przepakowałam, bo stwierdziłam, że nie będę przywoływać deszczu, a w butach na platformie dobrze prowadzi mi się auto i, może im być przykro, ale traktuję je zawsze jako moje buty robocze, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Bo zawsze mogę na nie liczyć. W nagrodę powinnam zabrać je na wakacje, ale 12par butów na 8 dni wydawało mi się lekką przesadą. Zostałam zatem przy okrągłej dyszce. Ojj nie! 11ście! Oczywiście, że na Brooklyn zabrałam model Brooklyn!







W tym miejscu docieramy do Nowego Yorku. Na zwiedzanie zapraszam do następnego wpisu!





Pokaż więcej wpisów z Maj 2017
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel